Przez dwadzieścia lat zaprojektowałam setki kuchni. Każda była inna. Inni byli też ludzie, dla których powstawały.
Kiedy zaczynałam pracę jako architektka wnętrz, wydawało mi się, że najważniejsze są materiały, proporcje i estetyka.
Dzisiaj wiem, że to dopiero początek. Bo dobra kuchnia nie jest tą, która najładniej wygląda na wizualizacji.
Jest tą, w której po prostu dobrze się żyje.
Dlatego od lat powtarzam, że nie projektuję kuchni. Projektuję codzienność.
· Tekst: Alicja Wątroba, Studio ArtEfekt · Kategoria: Z perspektywy projektanta
Zanim powstanie projekt, poznaję ludzi
Bardzo często klienci przychodzą do mnie z pytaniem o kolor frontów, rodzaj blatu albo modne rozwiązania.
Oczywiście są to ważne decyzje, ale ja zawsze zaczynam od czegoś zupełnie innego.
Pytam, kto w domu gotuje, jak wygląda ich poranek, czy robią zakupy raz w tygodniu czy codziennie, czy pieką ciasta, przygotowują przetwory, zapraszają rodzinę albo spędzają wspólnie czas przy stole.
Takich pytań są dziesiątki. Bo dopiero kiedy poznaję codzienne przyzwyczajenia domowników, mogę zacząć projektować.

Najpierw funkcja, później estetyka
Najpierw zawsze powstaje układ. Później go analizujemy, poprawiamy i ponownie sprawdzamy.
Dopiero kiedy wiem, że wszystko jest na swoim miejscu, zaczynam dobierać materiały, kolory, oświetlenie i odpowiednie systemy przechowywania.
To właśnie ten moment daje mi największą satysfakcję. Funkcja jest dla mnie najważniejsza. Estetyka jest pięknym dopełnieniem, ale nigdy nie powinna być ważniejsza od wygody. Jest jedno zdanie, które powtarzam klientom chyba najczęściej.
Nie ma czegoś takiego jak standardowa wysokość blatu
Bardzo często słyszę pytanie: „Jaka jest standardowa wysokość kuchni?”. A przecież nie istnieje jedna odpowiedź.
Każdy z nas ma inny wzrost, inne przyzwyczajenia i inny sposób gotowania.
Kilka centymetrów może zdecydować o tym, czy po godzinie przygotowywania obiadu będą boleć plecy.
Projektowanie kuchni nie polega na kopiowaniu gotowych rozwiązań. Polega na dopasowaniu ich do konkretnego człowieka.
Nie każda kuchnia potrzebuje wyspy
Realizacja, którą pokazuję w tym artykule, jest tego najlepszym przykładem. Początkowo zaproponowałyśmy z Asią wyspę. Dzisiaj wydaje się ona niemal obowiązkowym elementem nowoczesnej kuchni.
Po wielu rozmowach z inwestorami zrozumiałyśmy jednak, że w ich przypadku ważniejsza będzie otwarta przestrzeń, duża ilość blatu roboczego i możliwość wspólnego spędzania czasu.
W poprzednim mieszkaniu kuchnia była zamknięta. Gospodyni większość rodzinnych spotkań spędzała sama, przygotowując kolejne potrawy i donosząc je do stołu. Tym razem miało być inaczej. Dlatego zrezygnowałyśmy z wyspy. Nie dlatego, że była złym rozwiązaniem. Po prostu nie była najlepszym rozwiązaniem dla tych konkretnych ludzi.
Myślę o tym, jak kuchnia będzie działać
To może zabrzmieć zaskakująco, ale kiedy wchodzę do czyjejś kuchni, pierwsza myśl brzmi: gdzie właściciel odłoży torby z zakupami? Bo właśnie od tego zaczyna się codzienne korzystanie z kuchni.
Czy jest miejsce, żeby wygodnie wszystko rozpakować?
Czy droga od lodówki do blatu jest krótka?
Czy przyprawy znajdują się tam, gdzie faktycznie są potrzebne?
Takich rzeczy nie widać na wizualizacjach, ale podczas codziennego użytkowania czuć je od pierwszego dnia. Bardzo lubię rozwiązania, które nie krzyczą i nie mają robić efektu „wow”. Są po to, żeby ułatwiać codzienne życie.
Tak jest z dobrze dobranymi koszami na śmieci. Dopóki nie przygotowujemy ciasta i nie próbujemy otworzyć kosza na odpady brudnymi rękami, wydaje się że elektryczne otwieranie szuflad Sensomatic jest zbędne. Potem wystarczy delikatnie dotknąć front kolanem i nagle trudno wyobrazić sobie kuchnię bez niego.
Podobnie jest z systemem LeMans II. W tej realizacji miał on szczególne znaczenie, ponieważ inwestorzy są starszymi osobami. Zależało nam na tym, aby nie musieli schylać się i sięgać głęboko do narożnej szafki. Dobrze zaprojektowana kuchnia ma służyć nie tylko dzisiaj, ale również za dziesięć czy piętnaście lat.
Organizacja szuflad ma znaczenie
Muszę się do czegoś przyznać. Jestem ogromną fanką kuchennych gadżetów.
Moi znajomi śmieją się, że kiedy pytają: „Ala, masz może...?”, ja prawie zawsze odpowiadam: „Tak”. Często jeszcze zanim skończą pytanie. Nie ze wszystkiego korzystam regularnie, ale uwielbiam, kiedy każda rzecz ma swoje miejsce.
Chyba właśnie dlatego tak dużą wagę przykładam do organizacji szuflad. Dobrze zaprojektowane organizery FineLine LiniQ, wkłady na przyprawy, miejsce na noże czy folie nie są dla mnie dodatkiem.
Nie mówiąc już o organizerze SpaceFlexx który wprowadza porządek w szufladzie z pojemnikami na żywność czy bidonami. To elementy, które sprawiają, że gotowanie staje się spokojniejsze, szybsze i po prostu przyjemniejsze.
Najlepszy projekt poznaję po latach
Ogromną satysfakcję sprawiają mi zdjęcia publikowane przez klientów kilka miesięcy czy kilka lat po zakończeniu realizacji. Nie profesjonalne sesje wnętrz, ale fotografie z codziennego życia.
Rodzinny obiad, świąteczne pieczenie, poranna kawa, wnuki pomagające przygotować ciasto. Wtedy wiem, że kuchnia przestała być projektem. Stała się częścią czyjegoś życia. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Kuchnia idealna dla człowieka, nie dla katalogu
Na początku kariery projektowałam kuchnie takie, jakie sama chciałabym mieć. Dzisiaj wiem, że to był błąd.
Nie każdy potrzebuje ogromnej lodówki. Nie każdy marzy o wyspie. Nie każdy robi przetwory. Nie każdy gotuje codziennie.
Każdy człowiek ma własne przyzwyczajenia, własny rytm dnia i własny sposób korzystania z domu.
Moją rolą nie jest stworzenie kuchni idealnej dla mnie. Moją rolą jest stworzenie kuchni idealnej dla ludzi, którzy będą z niej korzystać każdego dnia.
I chyba właśnie tego nauczyło mnie dwadzieścia lat projektowania wnętrz.






































































































